poniedziałek, 2 maja 2016

22 - Zaczęło się...




 Zaczęło się od wyjazdu do Warszawy i przenocowanie u rodziców mojego chrześniaka (dzięki 3M!), aby następnego dnia pociągiem udać się w kierunku mojego ulubionego lotniska w Pyrzowicach. Tym razem czas został wyliczony perfekcyjnie i o żadnym pośpiechu nie mogło być mowy. W samolocie dawało się odczuć radosny nastrój. Wszyscy jechali na wakacje. Para z plecakami również. Wyleciałyśmy o czasie, bez niespodzianek, wylądowałyśmy w Larnace również o czasie w okolicach godziny 20. Po opuszczeniu lotniska znalazłyśmy przystanek autobusowy. Wytłumaczyłyśmy kierowcy gdzie chcemy jechać, a on nam wytłumaczył, że nie dowiezie nas  na miejsce, ale powie gdzie wysiąść i przesiąść się w autobus miejski. No więc z wiarą, że damy radę, no bo jak nie my to kto wsiadłyśmy i pojechałyśmy. W okolicach 22 kierowca zatrzymał się w zasadzie pośrodku drogi na jakiś  przedmieściach i poinformował nas, że najlepiej żebyśmy wysiadły i złapały autobus po drugiej stronie ulicy. No więc wysiadłyśmy. Dociągnęłyśmy nasze podręczne walizeczki do przystanku i zaczęłyśmy czekać...Wokół ludzi jak na lekarstwo. Wiadomo o 22, w obcym miejscu, po podróży, z całą kasą schowaną gdzieś tam każda minuta wydaje się być stosunkowo dłuższa niż normalnie. W pewnym momencie podszedł do nas facet: ciemna karnacja, ubrany na biało. Zapytałyśmy czy orientuje się, czy jakiś autobus miejski będzie tamtędy jeszcze tego dnia jechał, czy od razu łapać taksówkę i z płaczem przepłacać za przejazd jakoś dziesięciokrotnie. Facet powiedział, że autobus przyjedzie po czym oparł się o murek i zapalił papierosa. No więc skoro przyjedzie to przyjedzie. Jednak zanim autobus, najpierw pojawiła się taksówka z taksówkarzem, który był żywo zainteresowany dokąd jedziemy i gadał jak nakręcony. Powiedziałam dokąd jedziemy. On podał cenę, która była nawet do przyjęcia (coś ok 15 €). Powiedziałam, że czekamy na autobus. Taksówkarz stwierdził, że raczej już nic nie przyjedzie i dalej patrzy tymi przekrwionymi, niemrugającymi oczami. W tym momencie odezwał się koleś w białym i powiedział z całą stanowczością, że autobus przyjedzie. Ja jeszcze rozważałam czy nie zabrać się tą taksówką, ale Amiga odciągnęła mnie i stwierdziła, że czekamy. Czekaliśmy dobre kolejne 10 minut. Facet w białym zdążył już spalić papierosa i wreszcie pojawił się on! Autobus miejski. Tubylec kiwnął nam, że to ten autobus. Wsiadłyśmy i byłyśmy przekonane, że on wsiądzie z nami. A on zabrał się i poszedł sobie. Trochę nas to zdziwiło... Najwyraźniej z jakiś powodów wolał nas przypilnować. W autobusie Amiga stwierdziła, że to był anioł, który przybył nas ochronić, bo koleś z taksówki był ewidentnie naćpany. Anioł nie anioł, dobrze jest trafić na swojej drodze na kogoś pomocnego i nieszkodliwie dziwnego. Kierowca autobusu nie bardzo orientował się, który hotel jest nasz, więc wysadził nas przystanek wcześniej niż powinien, ale tu już sytuacja była zupełnie inna. To była ruchliwa ulica otoczona hotelami. Weszłyśmy więc do pierwszego lepszego hotelu aby dowiedzieć się, gdzie znajduje się nasz. Zostałyśmy pokierowane i bez większego już kłopotu w okolicach północy dotarłyśmy do naszego miejsca przeznaczenia czyli Chrysanthos Boutique Apartments w Limasol.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza